Z miłością… na Filipinach!

W wolnej chwili poszłam do Sali chłopców. Kiedy weszłam, jedni zerkali na mnie, drudzy obojętnie patrzyli w sufit a Marvel jak zwykle przywitał mnie uśmiechem. Pomyślałam, że chcę ich rozbawić, rozśmieszyć, oderwać od wszystkiego, co jest wokoło. Podeszłam do jednego z nich, chłopca o imieniu Ninjo. Miał on piękne brązowe oczy, dwa pieprzyki nad ustami, wyglądał na czteroletnie dziecko…a miał 17 lat. Leżał, rączką uderzał w moją rękę- gest, który zawsze robił. Zaczęłam go gilgotać, robić śmieszne miny i naglę patrzę a Ninjo się uśmiecha i cieszy się z całych sił… aż się wzruszyłam…potem już zaczął z radości wyrywać mi włosy (zaczepnie się przy tym uśmiechając). I wtedy zrozumiałam sens mojego wyjazdu misyjnego… nie zrobiłam nic wielkiego ale jeśli choć na chwilę sprawiłam, że Ninjo poczuł się kochany i szczęśliwy, to wszystko nabrało sensu… to wystarczyło… od tamtej pory kiedy tylko wchodziłam do sali, Ninjo uśmiechał się na mój widok. Pięć tygodni spędzonych na azjatyckim archipelagu sprawiło, że już nic nie będzie takie samo. (więcej…)