Z miłością… na Filipinach!

W wolnej chwili poszłam do Sali chłopców. Kiedy weszłam, jedni zerkali na mnie, drudzy obojętnie patrzyli w sufit a Marvel jak zwykle przywitał mnie uśmiechem. Pomyślałam, że chcę ich rozbawić, rozśmieszyć, oderwać od wszystkiego, co jest wokoło. Podeszłam do jednego z nich, chłopca o imieniu Ninjo. Miał on piękne brązowe oczy, dwa pieprzyki nad ustami, wyglądał na czteroletnie dziecko…a miał 17 lat. Leżał, rączką uderzał w moją rękę- gest, który zawsze robił. Zaczęłam go gilgotać, robić śmieszne miny i naglę patrzę a Ninjo się uśmiecha i cieszy się z całych sił… aż się wzruszyłam…potem już zaczął z radości wyrywać mi włosy (zaczepnie się przy tym uśmiechając). I wtedy zrozumiałam sens mojego wyjazdu misyjnego… nie zrobiłam nic wielkiego ale jeśli choć na chwilę sprawiłam, że Ninjo poczuł się kochany i szczęśliwy, to wszystko nabrało sensu… to wystarczyło… od tamtej pory kiedy tylko wchodziłam do sali, Ninjo uśmiechał się na mój widok. Pięć tygodni spędzonych na azjatyckim archipelagu sprawiło, że już nic nie będzie takie samo. (więcej…)

Ukraina 2018 – czyli tam, gdzie kończy się droga (gdzie prawdziwie zaczyna się szlak ku drugiemu człowiekowi)

Grudniowa aura za oknem, szarość oraz przedświąteczny rumor sprawiają, że chętniej wraca się wspomnieniami do ciepłych wakacyjnych dni.

Wakacje pod palmami na Majorce? Wypoczynek w hotelu all inclusive? To nie dla nas! Tegoroczny urlop spędziłyśmy na Ukrainie, w Wierzbowcu (Werbowcu) – miejscowości położonej około 50 km od Tarnopola, gdzie byłyśmy animatorami podczas oazy dla dzieci przygotowanej przez Siostry ze Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego (tzw. Siostry Werbistki). (więcej…)

Zdobyte serce

Santa Cruz. Wreszcie docieramy do hogaru (sierocińca). Jest chyba pierwsza trzydzieści, środek nocy. Wokół mnie okropny klimat. Jest wilgotno, bardzo gorąco, po prostu tropikalnie. Nie mogę zasnąć. Jestem przecież klasycznym człowiekiem zimy, który cierpi w takich temperaturach. Wchodzę do pokoju i kładę się na łóżko z ulotną nadzieją, że „może jednak”.

Jak na złość pojawia się kolejny problem. Nasłuchuję wnikliwie. To, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się delikatnym brzęczeniem, okazuje się prawdziwym hałasem. Wstaję i zapalam światło. Przymykam oczy z nieprzyjemnym grymasem. Stoję cicho i nasłuchuję uważnie. Na ucho szukam nieprzyjaciela, który z pewnością chce zarazić mnie czymś mało przyjemnym. Teraz słyszę tylko szum drzew kołysanych przez delikatny wiatr. Zły komar milczy uparcie. Nie pojawia się przy zapalonym świetle. Nie widzę go nigdzie w pobliżu łóżka. Wiatrak wiszący na suficie pracuje wytrwale. Wierzę mocno, że przy działającym wiatraku, w każdym razie przy ruchu powietrza, nie powinno być komarów. Tak mi się wydaje. Czekam jeszcze trzydzieści długich nocnych sekund i gaszę leniwie światło. (więcej…)

Boliwia 01

Miłość do podróżowania, ciekawość świata i innych kultur spowodowały, że już w klasie maturalnej pojawiło się w moim sercu pragnienie wyjazdu na wolontariat misyjny. Bóg jednak miał swoje plany i swój czas. Poszukiwanie odpowiedniego miejsca trwało wiele lat. W tym czasie Pan Bóg mocno pracował nad moimi motywacjami i przygotowywał do zadań, które dla mnie zaplanował. Ameryka Południowa i Boliwia nigdy też nie należały do moich marzeń. A jednak zdecydowałam się wyjechać tam na dwa miesiące. Dzięki Jego Opatrzności trafiłam do Werbistowskiego Wolontariatu Misyjnego „Apollos” i tam zrodził się projekt Śląska Misja Boliwia, w który włączyły się również Ola, Agnieszka i Celina. (więcej…)

Rwanda 01

Misje – krótkie słowo. Dla wielu może bez znaczenia, dla mnie niezwykle ważne. Ono już od dzieciństwa było w moim sercu. Marzenie, ale raczej z tych „pomarzyć zawsze można” – zwłaszcza, że śniła mi się Afryka…

Urodziłam się w Radomsku – małym mieście w woj. łódzkim. Żyłam zwyczajnym życiem, ale zawsze z ekscytacją oglądałam reportaże o misjach. Czytałam artykuły na ten temat i z wielkim zainteresowaniem słuchałam relacji misjonarzy, którzy czasem pojawiali się w naszych kościołach. Byłam przekonana, że mnie nigdy nie uda się wyjechać. Przecież jak? Mąż, troje dzieci i praca. Pan Bóg miał jednak swoje plany.
W maju 2017 roku na kursie „Jan”, organizowanym przez SNE [Werbistowską Szkołę Nowej Ewangelizacji w Nysie – przyp. red.], poznałam Kasię i Marka Chrulskich, którzy przygotowywali się do rocznego wyjazdu do Ameryki Południowej na wolontariat misyjny. Wprost nie mogłam w to uwierzyć! W moim sercu odżyło pragnienie z dzieciństwa. Kasia i Marek opowiadali o Werbistowskim Wolontariacie Misyjnym

,,Apollos” i zaprosili całą naszą rodzinę na spotkanie – zjazd młodych, który miał odbyć się za miesiąc w Nysie.
Pojechałam zatem z mężem i młodszą córką, dziewięcioletnią Michasią. Bardzo nam się spodobało. Poznaliśmy wolontariuszy. Wspaniałych, pełnych pozytywnej energii i zapalonych do działania. Zobaczyliśmy też inne oblicze Kościoła – zaangażowanego i tętniącego życiem. Podziwialiśmy pracę księży werbistów oraz Sióstr Służebnic Ducha Świętego. Szczególną sympatią obdarzyliśmy oczywiście ojca Michała Śledzińskiego, który zawsze okazywał nam dużo życzliwości.

Zaczęliśmy jeździć regularnie na spotkania Apollosa. Po kilku spotkaniach stwierdziliśmy, że może i my moglibyśmy się do czegoś przydać. Mój mąż Janusz brał pod uwagę Ukrainę, ale ja ciągle marzyłam o Afryce. Po kilku miesiącach okazało się, że możliwa jest Rwanda, a konkretnie Kibeho. Jeszcze niedawno marzyłam, żeby mieć figurkę Maryi Matki Słowa, tymczasem teraz pojawiła się nadzieja na wyjazd do tego szczególnego miejsca! Ojciec Michał skontaktował nas z pallotynem ks. Zdzisławem Prusaczykiem, który mógł nas przyjąć. Jakimś cudem mój mąż się zgodził. Zgodziła się również nasza koleżanka Jola Stolarczyk, która przyjechała z nami na spotkanie. Chęć wyjazdu wyraziła też Ala Wójtowicz z Nysy.

Niestety, jak się później okazało, z wyjazdem związane były ogromne koszty, problem z urlopem i kwestia powierzenia komuś opieki nad dziećmi. Dwoje jest samodzielnych – 19-letni Szymon i 17-letnia Pola, ale martwiłam się o Michalinę. W zasadzie, tak po ludzku, ten wyjazd nie miał prawa się udać, ale postanowiliśmy zdać się na wolę Bożą. Powiedziałam do męża, że jeśli jest nam dane tam być, to na pewno tak się stanie. Od tej pory wszystko zaczęło się ,,samo” układać. Ojciec Michał przekazał nam wsparcie finansowe w ramach działalności Werbistowskiego Wolontariatu, pomogli też ludzie z radomszczańskich wspólnot, a rodzina zaoferowała opiekę nad naszymi dziećmi. No to polecieliśmy!!!

Na miejscu od razu powiedziano nam, żebyśmy się nie spodziewali, że przez miesiąc dokonamy jakichś wielkich dzieł. Przyjęliśmy tę prawdę z pokorą. Nasze zadania ograniczały się głównie do pomocy ks. Zdzisławowi. Nasza posługa była bardzo różnorodna – od obierania ziemniaków dla kilkuset dzieci, gdy przygotowywaliśmy Dzień Dziecka Afrykańskiego, porządkowania magazynów, budowę kuchni, doraźną pomoc fizjoterapeutyczną, aż po stworzenie, podobno pierwszej napisanej w Rwandzie, ikony Matki Słowa – to dzieło naszej Joli. Ta ikona wisi obecnie w Kaplicy Adoracji obok przepięknego ołtarza stworzonego przez naszego rodaka Mariusza Drapikowskiego.
Ktoś powie, że miesiąc wolontariatu to krótko! Warto było w ogóle jechać? Może lepiej byłoby wysłać te pieniądze potrzebującym? Ja myślę, że było warto. Ten czas zbudował nas wewnętrznie. Uwrażliwił nas na potrzeby innych, dał inne spojrzenie na życie i problemy. Mogliśmy też, jako małżeństwo, dać świadectwo, że po ponad dwudziestu latach bycia razem, można nadal obdarzać się uczuciem i robić wspólnie wiele rzeczy. Z bliska zobaczyłam także ogromne poświęcenie ks. Zdzisława, który od 20 lat służy mieszkańcom Rwandy. Nam służył kierownictwem duchowym i jako przewodnik po Rwandzie. Widząc dzieło, jakiego dokonał, sama pragnę bardziej angażować się w pracę Kościoła.

Serdecznie dziękuję wszystkim ojcom werbistom, którzy ofiarnie włączają się w dzieło ewangelizacji świata. Szczególne podziękowania kieruję na ręce o. Michała Śledzińskiego, dzięki któremu mogliśmy choć trochę w nim uczestniczyć. Ten miesiąc spędzony w Afryce będę zawsze wspominać jako czas wielkiej łaski i potwierdzenie tego, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Małgorzata Szewczyk-Raczek

Droga na wschód

Wspomnienia z pracy wolontariackiej w Irkucku

Od kiedy pamiętam, zawsze marzyłam, by pojechać kiedyś do Rosji. W dzieciństwie wyobrażałam sobie, że będzie to jakaś mrożąca krew w żyłach ucieczka mająca na celu zaszycie się gdzieś w tajdze. Jako nastolatka planowałam raczej podróż koleją transsyberyjską wraz z grupą przyjaciół. Na studiach zainteresowały mnie ludy północnej Syberii i pejzaż kulturowo – religijny obszaru postradzieckiego. Będąc na V roku dowiedziałam się, że moje stare marzenie może się spełnić! Serce zabiło mi mocniej i wiedziałam, że nie przepuszczę takiej okazji.

Ojciec Mirosław Piątkowski SVD (opiekun naszego wolontariatu), wcale nie był zaskoczony moją decyzją. Zaczęła się szybka wymiana listów pomiędzy Polską a Syberią. W tym czasie dokończyłam studia, przemodliłam sprawę wyjazdu i utwierdziłam się w przekonaniu, że powinnam jechać. Znalazłam nawet sponsorkę, która ufundowała mi bilety lotnicze. 8 lipca 2015 roku, po kilkunastogodzinnej podróży stanęłam na płycie lotniska w Irkucku. Czy się bałam? Raczej nie. Ja po prostu nie wierzyłam, że to dzieje się naprawdę. Przez cały kolejny tydzień chodziłam jak we śnie głównie ze względu na zmianę czasu.

Pracowałam wraz z siostrami SSpS wśród biedniejszych dzieci. Pomagałam przy prowadzeniu świetlicy nazywanej „domik nadjeżdy” oraz opiekowałam się dziećmi podczas tzw. kanikuł z Bogiem w Listwiance nad Bajkałem. Praca w świetlicy trwała od godziny 11 do 16. Od 17:30 uczestniczyłam w adoracji w katedrze, po której odbywała się msza święta. Zawsze był to czas zatrzymania się oraz oddania Panu Jezusowi swoich trosk i słabości. Muszę przynać, że początki były bardzo trudne. Nie znałam modlitw po rosyjsku, nie umiałam śpiewać i modlić się z ludem podczas mszy i nabożeństw, nie rozumiałam zbyt dobrze kazań i niektórych czytań. Pobyt w Rosji to też doświadczenie pierwszej w moim życiu spowiedzi w obcym języku, dzięki Bogu w pełni zrozumiałej. Innymi trudnościami z jakimi zmagalam się na początku było poczucie obcości, samotność, strach (szczególnie gdy bałam się zgubić w tym obcym mieście lub gdy wracałam sama wieczorem z katedry). Z czasem jednak dzięki nabywaniu coraz większych kompetencji językowych i poznawaniu miasta, czułam się pewniej i swobodniej zarówno w Irkucku, jak i w innych miejscach.

Doświadczenie pracy wolontariackiej wśród dzieci w Rosji było dla mnie wyjątkowe. Z jednej strony to dostrzeżenie problemu ukrytego ubóstwa, bardzo skromnych warunków bytowych większości spotkanych osób i znaczenia pomocy Kościoła Katolickiego. Z drugiej strony zachwyciłam się tym, jak niewiele potrzeba do szczęścia i jak można cieszyć się z małych rzeczy (o czym często ludzie w Europie zapominają). „Nasze” dzieci z radością przychodziły do świetlicy przez całe wakacje. Była to dla nich okazja by nauczyć się poprawnych wartości (czego często brakuje w ich domach rodzinnych), a przede wszystkim by spotkać się razem, by pobyć z dziećmi, które ich rozumieją. Jak powiedziała mi jedna z sióstr: „nasz domik nie potrzebuje żadnej reklamy, dzieci same zachęcają swoich kolegów by do nas przyszli”. Obserwując wzajemną troskę, szczególnie starszego rodzeństwa o młodszych, umiejętność rozwiązywania sporów na drodze dyskusji, entuzjazm do wszelkiej pracy i zabaw, dostrzegłam wielki wkład sióstr w wychowanie tych dzieci, o których często mówiłam „najlepsze dzieci na świecie”.

W wolnych chwilach poznawałam okoliczne parafie i odwiedzałam domy zakonne. Słowo „okoliczne” na Syberii nabiera szczególnego znaczenia. Czasem jest to 100 km, a czasem 700. Diecezja irkucka to największa diecezja świata. Obejmuje swoim zasięgiem obszar od Krasnojarskiego Kraju po Kamczatkę (czyli powierzchnię 30x większą od Polski). Na tak gigantycznym terenie znajduje się zaledwie 81 parafii obsługiwanych przez ok. 40 księży. Na spotkania diecezjalne i święta w katedrze w Irkucku niektórzy księża i siostry zakonne jadą kilka dób pociągiem, inni przylatują samolotem. Są to zawsze bardzo szczęśliwe momenty dla całej wspólnoty. Podczas swojego prawie 3 miesięcznego pobytu na Syberii miałam okazję uczestniczyć w trzech takich wydarzeniach: spotkaniu młodzieży w Irkucku (niektórzy jechali ponad tysiąc kilometrów!), ślubach wieczystych s. Mariny w Angarsku i 15 leciu poświęcenia katedry. Spotkałam dzięki temu wielu wspaniałych ludzi i zobaczyłam piękną Syberię.

Marzenie o krótkiej turystycznej wyprawie na Syberię, dzięki Bożej dobroci i możliwości pracy wolontariackiej zamieniło się w rzeczywiste doświadczenie misyjne obfite w przyjaźnie, poznanie języka i bogactwa kulturowego tej części Rosji. Choć przyroda Syberii zachwyca, bezkresne lasy i ogrom Bajkału robią wielkie wrażenie i bez wątpienia warto je zobaczyć, jednak tak naprawdę napotkani ludzie, zarówno misjonarze, jak i dziećmi z domiku, najsilniej zapisali się w moim sercu.

Asia Drzewiecka