Zanim dotrzesz na misje

Do misyjnej pracy jako wolontariusz, trzeba się dobrze przygotować. Spraw do załatwienia przed wyjazdem jest wiele. Zakładając, że formacja duchowa już za Tobą, masz plan pobytu i środki na podróż, posiadasz wiedzę na temat miejsca, do którego wyruszysz,
a nawet zgromadziłeś materiały potrzebne do pracy na misji, pozostaje jeszcze jedno – Twoje zdrowie. To kwestia bardzo ważna, nawet gdy jesteś osobą młodą
i czujesz się doskonale.

W wielu krajach, również tam, gdzie są misje, wymagane jest zaświadczenie o obowiązkowych szczepieniach lub przynajmniej zaleca się wykonanie kilku z nich. Oczywiście nie ma szczepionek, które chronią przed wszystkimi patogenami np. zarodźcem malarii. Poza tym w krajach tropikalnych istnieje ryzyko ukąszenia przez jadowitego pająka, skorpiona, skolopendrę itd. Często właśnie takie są realia życia misjonarzy, wśród których będziesz pracować jako wolontariusz. Zanim wyruszysz w drogę, zadbaj więc o swoje szczepienia i podręczną apteczkę. Trzeba również wykupić polisę ubezpieczeniową, adekwatną do stopnia zagrożenia w podróży i na miejscu. Dzięki temu ani Ty, ani misjonarz, ani nikt inny nie będzie musiał martwić się o środki finansowe na zakup leków lub pokrycie kosztów leczenia, gdyby to było konieczne. A niełatwo się leczyć w Afryce lub Azji. Często już samo dotarcie z buszu lub
z małego miasta do lekarza jest kosztowne. Poza tym leczenie jest drogie, a warunki szpitalne bywają trudne. Oto przykład.
Upalny lipiec 2017 roku, Madagaskar. Dwa razy w tygodniu misjonarz odwiedza chorych w szpitalu, jedynym w mieście, a nawet całym regionie.
– Mogę też kiedyś iść? – pytam.
– Lepiej nie. Tam jest wielu chorych i możesz się czymś zarazić – pada szczera odpowiedź.
Nadchodzi dzień szpitalnej wizyty.
– Mogę iść? – mimo wszystko mam nadzieję, że misjonarz się zgodzi.
– A nie boisz się? – pyta misjonarz.
– Będę ostrożna. Chcę zobaczyć jak wygląda malgaski szpital – wyjaśniam, mając świadomość, że to może być trudne doświadczenie.
Do szpitala jedziemy motorem. Trochę nami zarzuca na piaszczystej drodze, ale podróż nie trwa długo. Na miejscu wita nas kilka osób, które zawsze towarzyszą misjonarzowi w czasie obchodu.
– Możesz robić zdjęcia. Nie mam żadnego ze szpitala – zachęca mnie misjonarz.
To lecznica państwowa. Tworzy ją kompleks kilku parterowych, starych budynków. Za ogrodzeniem
z blachy falistej stoi nowy, wspaniały, kilkupiętrowy budynek szpitala. Niestety z powodu decyzji politycznych od kilku lat brak zgody na przeprowadzkę i użytkowanie. My wchodzimy tylko do kilku oddziałów starego szpitala i wyłącznie do tych pacjentów, którzy tego sobie życzą. Warunki w środku nie wyglądają zachęcająco. Tu gdzie jesteśmy nie ma okien z szybami, są tylko drewniane okiennice. Czasem farba ze ścian odpada płatami. Na suficie w niektórych miejscach brakuje tynku, są zacieki, a niekiedy pleśń. W salach stoją metalowe, odrapane łóżka z gąbkowymi materacami nie pierwszej młodości. Bardzo rzadko łóżko jest osłonięte moskitierą, choć z powodu komarów roznoszących malarię byłoby to wskazane. Tutaj za wszystko trzeba zapłacić i dlatego nie wszyscy chorzy leżą na materacach. Niektórzy spoczywają wprost na deskach przykrytych prześcieradłem.
Robię zdjęcia misjonarzowi modlącemu się przy łóżkach kolejnych pacjentów. To dla mnie trudne. Fotografuję przecież ludzi, którzy cierpią i w swym cierpieniu są zupełnie bezbronni. Co prawda nikt
z nich nie protestuje, ale również nikt się nie uśmiecha. Kamerę włączam tylko raz i wyłącznie po to, by misjonarz miał choć krótki zapis swojej posługi w szpitalu.
– Arahaba ry Maria, feno hasoavana, ny Tompo ao amin’ny anao… (Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan
z tobą) – wspólnie odmawiamy modlitwę, stojąc obok każdego z chorych.
W szpitalu pacjenci są tłumnie odwiedzani przez swoich krewnych, choć regulamin tego zabrania. Można zobaczyć całe rodziny „obozujące” przy chorych. W jednej z sal, na podłodze pod ścianą śpi mała dziewczynka, w innej obok łóżka leży noworodek zawinięty w koc. Wspólny posiłek to także częsty widok, ponieważ obowiązek żywienia pacjenta spoczywa na rodzinie.
Misjonarz udziela sakramentu namaszczenia kilkuletniemu chłopcu. Z sufitu nad łóżkiem zwisają całe połacie farby i tynku. To dziecko ma zamożnych rodziców, więc jest leczone. Tysiące jego malgaskich rówieśników nie miało tego szczęścia… Chłopczyk jest ledwo przytomny. Mama trzyma go na rękach
i przytula.
– Jak tam? – na korytarzu pyta misjonarz, widząc moją niewyraźną minę.
– Wszystko w porządku. Myślałam, że będzie gorzej – odpowiadam, choć w sercu rośnie przygnębienie
z powodu warunków, które widzę.
Koniec obchodu. Czas na mszę św. w szpitalnej, prowizorycznej, ale za to przewiewnej kaplicy. Jest niewiele osób, w tym kilkoro dzieci, które uważnie i z ciekawością mnie obserwują. Uśmiechamy się do siebie.
– Zawsze po wizycie w szpitalu myję ręce żelem odkażającym i dopiero potem odprawiam mszę. Tym razem zapomniałem umyć – przyznaje misjonarz w drodze powrotnej.
– A ja byłam taka ostrożna! – myślę – Ciekawe, co dostałam wraz z komunią św.?
Iwona