KANOTO, czyli jak dotrzeć do misji

Wybieracie się na misje? Myślicie, że wystarczy wsiąść do auta lub samolotu i znajdziecie się na miejscu? Czasem to dopiero początek podróży.

Jest czerwiec 2018r. Od kilku godzin jadę samochodem, wraz z misjonarzem i siostrą zakonną. Droga jest piaszczysta i bardzo wyboista. Żeby dotrzeć do misji w Berevo (czyt. Berewu) na Madagaskarze, najpierw trzeba dojechać do rzeki  Tsiribihina (czyt. Ciribina). Potem należy przeprawić się barką do Belo (czyt. Belu). Tam trzeba  przesiąść się na kanoto (mały malgaski statek silnikowy) i spędzić w rejsie pół dnia lub całą dobę, by nareszcie wysiąść na brzegu Berevo. Stąd do misji jest tylko kilkadziesiąt minut piechotą. Gdy dojeżdżamy do rzeki, barka już czeka. Są na niej auta terenowe turystów i malgascy pasażerowie. Załoga uruchamia silnik
i odpływamy. W tym czasie jeden z mężczyzn nieustannie nabiera wiadrem wodę
z dolnej części barki i wylewa za burtę. Coś tu przecieka?

            Docieramy do Belo. Okazuje się, że dziś już nie będzie kanoto (czyt. kanutu) do Berevo. Może jutro popłynie, lecz pewności nie ma. Musimy zatrzymać się u sióstr. Bagaże jadą w sarety (malgaska dwukółka ciągnięta przez byki), a my obie z siostrą podążamy pieszo. Gdy docieramy do domu zakonnego, nadchodzi wiadomość, że jednak kanoto odpłynie  dzisiaj i nas zabierze. Jest jeden warunek. Musimy natychmiast wrócić z bagażami nad rzekę. W pośpiechu wracamy.

Rzeczywiście na brzegu czeka kanoto. Jest wspaniałe! Nie rozumiem dlaczego ostrzegano mnie, że warunki na pokładzie są zawsze okropne, że jest brudno i ciasno. Ten statek jest zadbany, ładnie pomalowany i czysty. Ma dolny i górny pokład. Nie ma nikogo oprócz kilkuosobowej załogi, więc jest dużo miejsca. Zajmujemy z siostrą górny pokład, bo stoją tam dwie drewniane leżanki. Wiem, że w Polsce wiele osób modli się o moją bezpieczną podróż i pracę.

– Ładne kanoto ci wymodlili – zachwyca się siostra.

Wyruszamy w drogę do Berevo. Kawałek dalej, załoga każe nam wysiadać. Dlaczego?! Dostajemy polecenie, by zjeść obiad w przybrzeżnym barze, żebyśmy nie były głodne w czasie podróży. Statek czeka. Szybko zjadamy obiad i kupujemy kapoaka (malgaski kubek i zarazem miarka) ryżu, który załoga obiecała ugotować dla nas na kolację. Po powrocie na pokład, jeden z Malgaszów przynosi i rozkłada na naszych leżankach miękkie  materace. Płynę więc potężną rzeką Tsiribihina,  wokół mnie piękny krajobraz, a w wodzie krokodyle.

Gdy zapada noc, leżąc w ciepłym śpiworze, podziwiam rozgwieżdżone niebo. Doskonale widać Drogę Mleczną. Czegóż można chcieć więcej? Tylko kolacji. Załoga woła nas na dół. Dostajemy po talerzu pełnym ryżu i maleńkim kawałeczku kury – gratis. Bezskutecznie szukam na moim odrobinę mięsa lub choćby skóry. Wysysam resztkę rosołu z kości i zajadam się ryżem. Jestem voky (najedzona).

Załoga nalega, żebyśmy spały wraz z nią na dolnym pokładzie.

– Co oni sobie myślą?! – oburza mnie pomysł wspólnego noclegu.

– Niedługo zatrzymają kanoto, żeby nie płynąć nocą, bo dahalo (bandyci) często napadają na rzece. Po prostu chcą, żebyśmy były bezpieczne – wyjaśnia siostra.

Decydujemy, że jednak pozostaniemy na górnym pokładzie. Mam nadzieję, że zbrojne bandy dahalo nas nie zauważą. Malgasz przynosi i rozwiesza błękitny baldachim nad nami.

– Nie! Wolę patrzeć na gwiazdy! – protestuję.

– Rano będzie rosa. Nie chcą, żeby nas zmoczyła – cierpliwie tłumaczy siostra.

            Noc na rzece mija spokojnie. Kilka godzin snu, a potem załoga uruchamia silnik i ruszamy dalej. Przed południem dopływamy do Berevo.

– Super pływa się kanoto – stwierdzam, nie wiedząc jeszcze, co mnie czeka w drodze powrotnej.

            Dwa tygodnie później, po rannej mszy św. idziemy wraz z siostrą nad rzekę. Czas  wrócić do poprzedniej misji. Na brzegu czeka nasz środek transportu, tym razem przeznaczony do przewozu zwykłych Malgaszów. Teraz wiem, że poprzednie, ekskluzywne kanoto woziło wyłącznie bogatych turystów i zabrało nas tylko grzecznościowo. Jak wygląda obecne? Jest zniszczone, zardzewiałe i w wielu miejscach połatane. Na pokładzie znajduje się już wielu pasażerów, w tym kury, kozy i całe stado świń. Te ostatnie mają swoje wydzielone miejsce. Ale i tak co jakiś czas wszczynają awanturę, aż statek się trzęsie.

– Czy te kanoto nigdy nie toną? – podejrzliwie pytam siostrę.

– Bardzo często albo się psują – pada szczera odpowiedź.

Siadam na dużej skrzyni, plecami do świń. Jakiś spóźnialski pasażer wstrzymuje rozpoczęcie rejsu. Wreszcie nadjeżdża sarety z blond pasażerką. To na nią wszyscy czekali. Nie potrafi sama wsiąść na pokład, więc kilku mężczyzn jej pomaga. W końcu z głośnym kwikiem, bo to olbrzymia maciora, wpada do zagrody świń. Uf, nareszcie odbijamy od brzegu.

Na statku jest niewiele wolnego miejsca. Tu nie ma górnego pokładu. Jest tylko jeden, w dodatku bardzo brudny. Na stalowym dnie leżą połamane deski, pod którymi wody jest po kostki. Niedaleko mnie siedzi chłopczyk, ma dwa lub trzy lata. Je ryż prosto z garnka i zagryza kawałkiem manioku. Na pokładzie jest zresztą bardzo wiele dzieci. Te najmłodsze są co jakiś czas przebierane. Nie mają pieluch, więc matki wymieniają im dolną część odzieży. Mokre ubranka schną na wietrze, roztaczając woń moczu. Jedna z malgaskich kobiet wystawia golusieńkie dziecko za burtę i myje w rzece. Inna Malgaszka myje szczoteczką zęby, nisko pochylając się nad taflą wody. Oczywiście wszystko dzieje się w pełnym biegu kanoto.

Wciąż przybywają nowi pasażerowie. Nie mam pojęcia, gdzie oni się mieszczą. Ludzie siedzą już nawet na burtach i nie można się ruszyć. Niedługo będzie nas tu chyba setka! Na pokład wchodzi potężnej budowy Malgasz, w wojskowym mundurze i z bronią. Nie wiem jakim cudem znajduje jeszcze miejsce, w dodatku tuż obok mnie, na skrzyni. Wojskowy rozsiada się wygodnie. Inni pasażerowie z szacunkiem się odsuwają, ale ja nie zamierzam odstąpić mu swojej miejscówki. Malgasz patrzy na mnie z wyższością i pogardą. Opiera kolbę karabinu o dno kanoto i lufę kieruje w moją stronę. No świetnie! Obrażona odwracam się w przeciwną stronę. Najbardziej jednak martwi mnie to, że od tej pory nie mogę już filmować i fotografować. Tacy jak on, bardzo tego nie lubią. Po południu dopływamy do Belo.

Efa vita ! (już koniec) – wołam ucieszona i z trudem prostuję obolałe kolana.

Mundurowy ze zdziwieniem patrzy w moją stronę i pierwszy raz uśmiecha się do mnie. Wiem, warto uczyć się języków. Wymieniamy veloma (malgaskie pożegnanie) i mocny uścisk dłoni. Wybaczam mu tę lufę karabinu.

Tak właśnie wyglądają podróże prawdziwym, malgaskim kanoto. Czasem potrzeba dużo czasu, a nawet odwagi, by dotrzeć do misji.

                                                                                                       Iwona